Sport.pl

Wisła wykonała plan minimum

Zdobycie Kielc wydawało się niemożliwe. A jednak w pierwszym meczu wielkiego finału play-off szczypiornistów nafciarze zwyciężyli 23:20. I nawet biorąc pod uwagę niedzielną porażkę 21:23, to mistrz Polski jest bliższy obrony tytułu
Po pięciu latach Wisła znów wygrała w Kielcach i to w meczu, którego nie miała prawa wygrać. Skazywany na "pożarcie" mistrz Polski utarł wszystkim nosa. Choć dzień później przegrał, to przy remisie 1:1 (gra się do trzech zwycięstw) i dwóch kolejnych meczach w Płocku (sobota i niedziela godz. 14.45), jest na dobrej drodze, by już w niedzielę w Blaszak Arena świętować swoje siódme złoto. - Przegraliśmy w niedzielę, ale to niczego nie zmienia - mówi skrzydłowy Wisły Tomasz Paluch. - Grało nam się ciężej, bo kielczanie byli mocniejsi w obronie, no i mieli Kazika [Kazimierz Kotliński, bramkarz Vive - red.], który nas zatrzymał w drugiej połowie. Jasne, że chcieliśmy wygrać drugi raz. Był taki moment [remis 15:15 - red.], że mieliśmy karnego i dwie kontry. Gdyby z tego weszły chociaż dwie bramki, dostalibyśmy wiatr w skrzydła i nic nas już by nie zatrzymało.

Paluch jednak nie martwi się porażką i podkreśla, że w starciu tak wyrównanych drużyn może zdarzyć się jeszcze wszystko, ale... - Hala Chemika, a w szczególności nasi kibice, którzy wypełnią ją do ostatniego miejsca, już nieraz pomogli nam w ciężkich chwilach. Wierzę, że teraz też tak będzie. Poza tym na razie sprawdza się mój scenariusz. Mówiłem przecież, że wygramy finał 3:1. I tak będzie - zapowiada popularny "Kura".

Oba kieleckie pojedynki były niezwykle emocjonujące. Cały czas coś się działo. Szaleli trenerzy, tworzący przy linii bocznej swój własny spektakl. Nie oszczędzali się zawodnicy. I choć przed spotkaniami, i po nich, pełno było serdecznych uścisków i podziękowań za grę, na parkiecie kolegów już nie było. Twardzi, nieustępliwi, choć nie przekroczyli pewnej granicy, szarpali się i przepychali niemiłosiernie. Już w pierwszych sekundach sobotniego meczu, po pierwszym starciu z defensywą Wisły porwaną koszulkę miał Daniel Żółtak. W niedzielę omal nie doszło do bójki między nim a Adamem Twardo. Skoczyli sobie do oczu, zderzyli "klatami", na szczęście szybko rozdzielili ich sędziowie i koledzy. To było jedno zajście, ale pokazujące, na jak wielkich emocjach grane były te mecze. Że nie do końca umiejętności i przygotowanie, ale właśnie emocje miały decydujący wpływ na wynik. - Graliśmy na ogromnych emocjach i uczuciach - tłumaczył po pierwszym meczu trener Vive Bogdan Wenta. - To jednak było za mało na tak dojrzały zespół, jakim jest Wisła. Moi chłopcy byli strasznie smutni, ale muszą zrozumieć, że po prostu przeciwnik był lepszy.

Jakąś lekcję z porażki kielczanie wyciągnęli w niedzielę. Ale gdyby nie bramkarze Marek Kubiszewski i Kazimierz Kotliński, i nauka Vive by nie pomogła. Ich postawa reszcie drużyny przedłużyła nadzieje, że są w stanie jeszcze z Wisłą walczyć. - No bo jeżeli Płock wygrał u nas, to czemu my nie możemy wygrać tam? - pytał na pomeczowej konferencji skrzydłowy gospodarzy Patryk Kuchczyński.

I już wiadomo, że święta wojna będzie trwała. Tylko że teraz w Płocku, w hali Chemika, będzie jeszcze lepsza i zdecydowanie twardsza. Innego wyjścia nie ma i muszą się na to przygotować zawodnicy obu drużyn. - Mamy dwa wyjazdy i musimy na terenie Wisły szukać swojej szansy - dodaje Wenta. - Na pewno będziemy się bić do końca.

- W Kielcach wykonaliśmy kawał ciężkiej roboty - stwierdził Adam Wiśniewski, skrzydłowy Wisły. - W obronie wychodziliśmy po dwóch do jednego i zwłaszcza w pierwszym meczu nie mogli sobie z tym poradzić. Myślę, że kolejne mecze mogą mieć podobny scenariusz. Tu dwie-trzy piłki mogą zadecydować o wyniku. Inna sprawa, że mamy wszystkim coś do udowodnienia. Przed finałem stawiał na nas tylko Ryszard Skutnik ze Stali Mielec. Pokazaliśmy, że miał rację. To mój dobry, stary trener z młodzieżówki.