Sport.pl

Staczają się na dno: Wisła - Sandecja 2:4 (0:2)

Najlepszy komentarz? Są dwa. Pierwszy liczba widzów na meczu - 300. Drugi, to słowa szkoleniowca nafciarzy Jana Złomańczuka: - Momentami wyglądało to żenująco słabo
W tak dramatycznej sytuacji piłkarska Wisła nie była od kilkunastu lat. Nafciarze już są pod kreską w tabeli Unibet I ligi i jakoś nie widać możliwości, żeby szybko wydostali się ze strefy spadkowej. - Nie było dzisiaj formacji, która by grała dobre spotkanie - mówił po sobotnim meczu nowy trener płockiej drużyny Jan Złomańczuk.

Jest takie stare piłkarskie powiedzenie, które matematycznie określa wagę spotkania, mianem pojedynku za sześć punktów. Tak było i w tym wypadku. Sandecja chciała przerwać fatalną passę spotkań wyjazdowych. Beniaminek w tym sezonie nie dość, że nie wygrał na boisku rywala, to jeszcze nie zdobył choćby bramki. Jedyną szansą na poprawienie bilansu dla teamu Dariusza Wójtowicza była zatem Wisła.

Z drugiej strony i nafciarze chcieli w końcu wygrać. Dla nich to Sandecja wydawała się dobrym do tego rywalem. Dodatkowym bodźcem miał być Złomańczuk, który przed tygodniem przejął zespół po Dariuszu Kubickim. Bo inna boiskowa prawda mówi, że przed nowym trenerem trzeba się pokazać, dać z siebie wszystko, a nawet wygrać. Taka zmiana jest bowiem dodatkowym zastrzykiem energii. Goście tego właśnie obawiali się najbardziej.

Komu zatem bardziej zależało na zwycięstwie? I jednym, i drugim, ze wskazaniem jednak na gospodarzy. Boisko błyskawicznie zweryfikowało teoretyczne rozważania. Bo nafciarze i owszem prezentowali się nawet uroczo w niebieskich strojach. Buty też mieli dokładnie zasznurowane. No właśnie, chyba nic bardziej pozytywnego nie da się o nich powiedzieć. Cała reszta w ich wykonaniu była jedną wielką kompromitacją. Żeby bardziej nie dobijać naszych piłkarzy, lepiej im oddać głos. W końcu sami wiedzą najlepiej, jak prezentowali się na murawie. - Ciężko się tłumaczyć z naszej przegranej - zauważa Kamil Gęśla. - Byliśmy drużyną słabszą, gorzej zorganizowaną, mniej graliśmy zespołowo, czego efektem były dwie stracone już w pierwszej połowie bramki.

Czego jeszcze Wiśle zabrakło? Gęśla: - Siły, umiejętności, miej graliśmy piką, byliśmy bardziej ospali.

Ot cała prawda o grze nafciarzy w sobotni wieczór.

Za to na Sandecję, aż miło było popatrzeć. Gościom zależało. Cisnęli od początku, mieli inicjatywę, starali się, szukali okazji do zdobycia gola, szukali piłki gdzie się tylko dało. - Moi zawodnicy po prostu pokazali góralski charakter, choć wielu z nich nie jest ani z gór, ani z Nowego Sącza, tylko z Krakowa - uśmiechał się po meczu Dariusz Wójtowicz. - Było paru przywódców na boisku i oni pociągnęli zespół.

Wisła przywódców nie miała. Na początku próbował szarpnąć na prawej stronie Tomasz Grudzień. Gdzieś tam z przodu biegali Daniel Koczon i Kamil Gęśla. A najbliższy strzelenia gola był Łukasz Masłowski. - Ale najpierw nie trafił z trzech metrów do bramki, a po przerwie nie wykorzystał sytuacji sam na sam - opowiada Złomańczuk. - Tej klasy zawodnikowi coś takiego po prostu nie ma prawa się przydarzyć.

A przydarzyło się. Gorzej, że nawet zawodnicy, którzy coś tam próbowali zrobić, w końcu dostosowali się do ogólnej mizerii. No poza pięcioma minutami w drugiej połowie, kiedy bramkę zdobył Rafał Lasocki, a później poprawił z karnego Bartłomiej Sielewski. Ale to zdecydowanie za mało, żeby choć zremisować. Tym bardziej że nawet na jeden punkt Wisła nie zasłużyła.

- Chciałem przeprosić kibiców za tak fatalną postawę - powiedział na pomeczowej konferencji Jan Złomańczuk. - Bo rzeczywiście momentami wyglądało to żenująco słabo. Nie było dzisiaj formacji, która by grała dobre spotkanie.

Na zapał i pazerność na piłkę graczy Sandecji, Wisła nie potrafiła odpowiedzieć. I ta radość, która towarzyszyła bramkom Rafała Berlińskiego, Macieja Bębenka, Arkadiusz Aleksandra i Piotra Chlipały. A nawet na sportową złość, gdy Aleksander huknął w poprzeczkę. Tak, w sobotę na boisku zobaczyliśmy tylko jeden zespół z prawdziwego zdarzenia.

Po meczu długo nie opuszczał murawy tylko jeden zawodnik. Obrońca Wisły Rafał Lasocki, nie tak dawno przywrócony do szerokiej kadry z rezerw, klęczał i tępo wpatrywał się w sobie tylko znany punkt na trybunach. O czym myślał? - Masakra. Nienawidzę przegrywać, a szczególnie takich meczów u siebie. Ciężko znaleźć sensowne wyjaśnienie na to, co się dzieje.

Wisła Płock - Sandecja Nowy Sącz 2:4 (0:2)

Bramki

Wisła: Lasocki (77.), Sielewski (82. z karnego)

Sandecja: Berliński (16.), Bębenek (41.), Aleksander (77.), Chlipała (90.)

Sędziował Erwin Paterek (Lublin)

Widzów 300.

Składy

Wisła: Melon - Lasocki, Jarczyk Ż, Wyczałkowski (61. Solecki), Pęczak - Grudzień, Sielewski, Majewski (46. Pacan ŻCZ), Masłowski (61. Chwastek) - Gęśla, Koczon

Sandecja: Różalski Ż - Borovicanin, Frohlich, Cios Ż, Makuch - Piegzik (83. Jończyk), Bębenek (87. Stefanik), Berliński, Zawadzki, Gawęcki Ż - Aleksander (76. Chlipała)