Sport.pl

K1: Jak student prawa z Płocka został zawodowym mistrzem świata

Dwudziestoletni Łukasz Rajewski podczas szóstej edycji Angels of Fire pokazał klasę pokonując o osiemnaście lat starszego rywala z Belgii Joghena Waegemansa. Płocczanin do swojej imponującej kolekcji osiągnięć dorzucił tytuł zawodowego mistrza świata federacji WKA w K 1
Patrząc z boku na pędzącą jak ekspres karierę Łukasza można powiedzieć, że odnoszenie sukcesów przychodzi mu bardzo łatwo. Ale żeby osiągnąć tyle co młodziutki zawodnik, w sali treningowej trzeba spędzić godziny i wylać hektolitry potu. Na dodatek połączyć naukę z uprawianiem sportu, co graniczy z cudem. Tylko nieliczni, najbardziej zawzięci i zadziorni sportowcy dają radę. A Łukasz studiuje na karkołomnym kierunku prawa i administracji na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kto prowadzi taki tryb życia, musi być współczesnym gladiatorem.

Dla Rajewskiego sobotnia walka zaczęła się na długo przed tym, zanim wyszedł na ring. To tak jak z przygotowaniem smakowitej potrawy, do której najpierw trzeba kupić składniki, później ją przygotować, a efekt ocenić po zjedzeniu ostatniego kęsa.

I pojedynek o mistrzowski pas był jak potrawa z najlepszej włoskiej restauracji, którą kibice mogli zachwycać się od pierwszego do ostatniego kęsa.

Według utartego przepisu popularny "Rajeś" do pojedynku zaczął szykować się na godzinę przed wyjściem na ring. - Zabezpieczyłem ręce taśmami bokserskimi, posmarowałem się maścią rozgrzewającą i zacząłem rozgrzewkę - zdradza tajniki kuchni Łukasz.

Spojrzał jeszcze w przepis, patrz zasięgnął rady doświadczonego kucharza-trenera. W tym wypadku chodziło o trenera i ojca w jednej osobie, Roberta Rajewskiego. - Rozmawialiśmy na temat taktyki, a ta była prosta - dobra praca nóg i zdobywanie punktów. Ale bez szaleństw, bez "podpalania", bo przecież czekało mnie pięć trzyminutowych rund. A to bardzo dużo! - tłumaczy Łukasz Rajewski.

Potem zabrał się do pracy. Smaku narobił już efektownym wejściem na ring. W hali Chemika zapachniało emocjami, które towarzyszyły kibicom od pierwszego gongu. Walka powoli się rozwijała, nabierała tempa, podnosiła temperaturę. Łukasz dodawał potrawie pikanterii serwując niewygodne ciosy zaskoczonemu Belgowi. - Spokojnie zdobywałem punkt za punktem, ale też robiłem wszystko, żeby mnie mocno nie trafił - relacjonuje przyszły mistrz. - W trzeciej miałem narzucić swoje tempo.

I tak właśnie było. Doświadczony Waegemans był zaskoczony, choć dobrze przygotował się do walki. Kryzys jednak przyszedł. W czwartej rundzie. Musiał pokombinować, żeby przetrwać falę zmęczenia. Udało się i później mógł już tylko dodać daniu odpowiedni smak. - Byłem strasznie zmęczony, ale nie mogłem odpuścić - opowiada płocczanin.

Zadał kilka świetnych ciosów na głowę. - No i starałem się utrzymać tempo do końca. To wszystko co pamiętam, wszystko inne przyćmiły emocje.

Najważniejsze, że kibice, którzy obserwowali każdy ruch Łukasza, pamiętają wszystko. I potrawę, jaką Rajewski zaserwował ośmiuset kibicom, na pewno smakować będą długo.

Wyniki pozostałych pojedynków gali AoF VI na stronie: www.angelsoffire.pl



Więcej o: