Szczypiorniści Wisły dostają ostro w kość na zgrupowaniu

Bieg, śniadanie, trening na hali, obiad, siłownia lub basen i kolacja. Według takiego schematu przygotowują się do nowego sezonu na obozie w Kleszczowie szczypiorniści Wisły. - Jest ciężko, a i temperatura nas nie rozpieszcza - mówi Michał Zołoteńko. - Ale i tak każdy z nas musi dać z siebie maksa
Łatwo być nie może. A już na pewno nie wtedy, kiedy myśli się o zbudowaniu wielkiej Wisły. Takiej, która znów skutecznie włączy się do walki o mistrzostwo Polski. Takie też jest podejście szkoleniowca nafciarzy Larsa Walthera.

Duńczyk doskonale wiedział, co czeka jego podopiecznych na zgrupowaniu. Dlatego pozwolił na chwilę przyjemności i sobotniego, integracyjnego grilla. To był ostatni moment na złapanie oddechu. Bo już w niedzielę zaczęły się ostre treningi. Ledwo nasi szczypiorniści zdążyli wyjść z autokaru, ledwo ulokowali się w pokojach, a już Ante Bojić zarządził bieganie w terenie. Zadaniem Chorwata jest wypracowanie wytrzymałości i kondycji, czyli tego, czego zwłaszcza w rundzie jesiennej poprzedniego sezonu tak bardzo brakowało Wiśle.

Nic zatem dziwnego, że w poniedziałek płocczanie rozpoczęli od testu szybkości. Każdy szczypiornista musiał dwukrotnie pokonać cztery odcinki - 5, 10, 15 i 20 m. Oczywiście na czas. Potem, podzieleni na grupy po 5-6 osób, mieli test wydolnościowy. Tym razem Bojić wyznaczył nowe odcinki i określił limity czasowe. A co kilka okrążeń zawodnicy mieli pobieraną krew. Czy to koniec? Nie. Po obiedzie były jeszcze zajęcia lekkoatletyczne, a na hali ćwiczenia z piłkami rehabilitacyjnymi.

Ciekawy był wtorkowy poranek. Znów zaczęło się od treningu biegowego, w czasie którego nafciarze mieli sprostać czterem jednokilometrowym seriom. To była przepustka na śniadanie i naprawdę krótki odpoczynek. Bo zaraz trzeba było lecieć na halę, gdzie były ćwiczenia już z normalnymi piłkami. Nasi zawodnicy pracowali nad obroną i atakiem, rozegrali krótki sparing. I znów chwila na obiad, po którym na wszystkich czekała już siłownia. Dopiero potem pojawiła się nadzieja, że będzie troszkę lżej, troszkę mniej intensywnie. No bo niby co piłkarz ręczny może robić na basenie, z wyjątkiem masowania obolałych mięśni w jacuzzi? Płocczanie już wiedzą. Nazywa się to "water jogging", czyli kilkunastominutowy bieg w wodzie... - Normalnie nowość - mówi jeden z kapitanów Wisły Michał Zołoteńko. - Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem w trakcie przygotowań. I moim zdaniem... to jest naprawdę dobre.

Kolejne dni, aż do soboty, mają być podobne, w każdym bądź razie, jeśli chodzi o intensywność. - Wszyscy zawodnicy są zdrowi - tłumaczy Krzysztof Kisiel, drugi trener Wisły. - Nie ma kontuzji, jedyne na co skarżą się zawodnicy, to zmęczenie. Ale to normalne podczas przygotowań.

Wojciech Wiśniewski: Czy spodziewaliście się aż tak mocnych treningów?

Michał Zołoteńko: Jest ciężko, a i temperatura na dworze nas nie rozpieszcza. Ale nie ma wyjścia. Jesteśmy na obozie i trzeba ciężko pracować. Każdy z nas musi dawać z siebie maksimum tego, co może, bo wszyscy chcemy jak najlepiej przygotować się do sezonu.

Oswoiłeś się już z faktem, że jesteś jednym z kapitanów zespołu? Mieliście już jakieś zadania?

- Tak, razem z Adamem Wiśniewskim mieliśmy stworzyć wewnętrzny regulamin. To na razie tyle.

Jaka jest atmosfera w zespole? Czujecie się już kolektywem?

- Atmosfera jest taka, jaka powinna być, czyli bardzo dobra. Wszyscy dążymy do jednego celu, więc dobrze się dogadujemy. Nie ma żadnych podziałów, jesteśmy jednym zespołem.

Czy ktoś już starał się wytłumaczyć nowym zawodnikom, czym jest dla płockiego zespołu i dla kibiców "święta wojna"?

- Na razie nie. Myślę, że na to przyjdzie czas. Jak na razie skupiamy się na przygotowaniu motorycznym. Gdy zaczniemy omawiać taktykę, poszczególne zespoły, to tak wtedy to zrobimy.