Sport.pl

Bardzo zimny prysznic: Stal - Wisła 4:2 (1:1)

Wisła jechała do Rzeszowa pewna swego, jako lider i główny faworyt do awansu. Trzy punkty nafciarze mieli przywieźć do Płocka, a... zostawili je w Rzeszowie. - Może i dobrze, że tak się stało, bo trochę za pewnie poczuliśmy się w II lidze - mówi Tomasz Bekas, po porażce 2:4
Przed spotkaniem trener Stali Rzeszów Andrzej Szymański miał sporo problemów z kontuzjami wśród młodzieżowców. - Od postawy tych, co zagrają, zależeć będzie wynik - mówił przed meczem.

Okazało się, że dwóch z nich - Konrad Maca i Damian Szala - solidnie przyczynili się do zwycięstwa rzeszowian. Zdobyli dwie pierwsze bramki. Zaczął Maca w 20. min, gdy wykończył trójkową akcję kolegów.

Jednak z prowadzenia gospodarze nie cieszyli się zbyt długo, bo po kolejnych siedmiu minutach był remis. W roli głównej wystąpili ci co zawsze w tym sezonie. Robert Chwastek zrobił sobie rajd pomiędzy obrońcami Stali i z linii końcowej wycofał piłkę do Michała Twardowskiego. Najlepszy w tym sezonie snajper Wisły nie zwykł marnować takich sytuacji.

Wyrównanie dodało skrzydeł nafciarzom, którzy przycisnęli gospodarzy, jednak do przerwy żaden gol już nie padł.

Po zmianie stron długo nie działo się nic ciekawego. Wysoka temperatura sprawiała, że zawodnicy nie byli zbyt skorzy do szybkiego rozgrywania piłki. Aż przyszła 65. minuta. Najpierw po dośrodkowaniu z prawej strony Wojciecha Krauzego piłka, po rykoszecie, trafiła w słupek, a dobitkę Mateusza Orzechowskiego na rzut rożny wybili obrońcy Wisły. Stały fragment gry stalowcy rozegrali krótko, a Konrad Hus, kolejny młodzieżowiec w rzeszowskiej ekipie, dokładnie dograł futbolówkę na głowę Damiana Szali, który pojawił się na boisku zaledwie dwie minuty wcześniej. Napastnik Stali nie niepokojony przez nikogo, pewnie pokonał Krzysztofa Kamińskiego.

Można się było spodziewać, że byli pierwszoligowcy rzucą się do ataku. Nic bardziej mylnego. Bo znów na boisku nie działo się nic ciekawego. A przynajmniej do 75. min, kiedy nieporadność obrońców gości wykorzystał Wojciech Reiman. Jakby tego było mało, minutę później znakomitym strzałem zza linii pola karnego popisał się Wojciech Krauze i było już 4:1.

Wisła zerwała się dopiero w końcówce. Po rzucie rożnym, w zamieszaniu pod bramką, gola na 4:2, zdobył Tomasz Bekas. I to właściwie byłoby na tyle. Co prawda bramek dla płocczan mogło być więcej, ale już w doliczonym czasie gry. Ponownie Bekas, tym razem z pięciu metrów, nie trafił w bramkę. - To był dla nas zimny prysznic - mówił po meczu. - Może i dobrze, że tak szybko nastąpił, bo trochę za pewnie poczuliśmy się w tej lidze. Na pewno nie odstaje ona dużo poziomem od zaplecza ekstraklasy. Naszym celem jest szybki powrót do tej klasy rozgrywkowej, a następnie wskoczenie na najwyższy poziom. Nic innego nas nie interesuje. W środę gramy ze Zniczem, to doskonała okazja, żeby się zrehabilitować za wpadkę w Rzeszowie.

- To było nasze najsłabsze spotkanie. Przed przerwą zagraliśmy słabo taktycznie, a po przerwie z powodu szybko straconych bramek, zespół przestał wierzyć, że może jeszcze odrobić stratę - kręcił głową trener Wisły Jan Złomańczuk.

- Wygraliśmy z nie byle kim, bo z głównym kandydatem do awansu. W pierwszej połowie graliśmy zbyt bojaźliwie, później zespół bardziej się zmobilizował. Dla takich chwil warto się angażować i przełamywać bariery - stwierdził z kolei trener Szymański.

Stal Sandeco Rzeszów - Wisła Płock 4:2 (1:1)

Bramki

Stal: Maca (20.), Szala (66.), Reiman (75.), Krauze (76.)

Wisła: Twardowski (27.), Bekas (84.) Składy

Stal: Wietecha - Hus (90. Szela), Duda, Rzucidło, Lebioda - Iwanicki, Orzechowski (77. Maciorowski), Reiman, Krauze - Fabianowski (71. Wolański), Maca (64. Szala);

Wisła: Kamiński - Nadolski, Wyczałkowskki, Pacan, Wiśniewski (73. Karwan) - Grudzień (55. Koczon), Adamczyk (66. Lewandowski), Bekas, Nowacki, Chwastek - Twardowski.