Wisła jednak dogorywa. Przegrała ze Świtem 1:2 (0:1)

Pytanie było proste. Czy Wisła rzeczywiście jest zespołem, który ma przebojem wrócić do I ligi? Po konfrontacji ze Świtem Nowy Dwór odpowiedź jest równie prosta. Nie jest. I nie może, skoro na razie jest zwykłym dostarczycielem punktów. Tym razem oddała je właśnie Świtowi, przegrywając w Płocku 1:2 (0:1)
Spotkanie, które rozegrane zostało w piątek wieczorem, miało być inne. Zdecydowanie inne. Miało też wywindować nafciarzy na pierwsze miejsce w tabeli. Tymczasem... "Za ładną grę punktów nie rozdają", "Znowu przegraliśmy na własne życzenie", takie głosy można było słyszeć ze strony niepocieszonych piłkarzy z Płocka.

Świt nie zagrał nic nadzwyczajnego, a jednak zwyciężył. - Wiadomo, trzy punkty na trudnym terenie i z tak uznaną firmą, jaką jest Wisła, są ważne i bardzo cieszą - stwierdził obrońca Świtu Marek Lendzion. - Co prawda druga połowa w naszym wykonaniu była już zdecydowanie "obroną Częstochowy". Właściwie ograniczaliśmy się tylko do gry z kontry. Zresztą o czym tu dyskutować? Strzeliliśmy dwie bramki? Strzeliliśmy. Zdobyliśmy trzy punkty? Zdobyliśmy.

Były chwile, w których gospodarze mogli realnie wpłynąć na przebieg meczu. Wystarczyło tylko dokładnie kopnąć piłkę. A nie tak jak Marcin Nowacki w 2. min, gdy nie trafił do bramki z pięciu metrów. Czy dwie minuty później, gdy z wolnego kropnął Marcin Pacan. Piłka zamiast jednak zafurkotać w siatce, otarła się tylko o poprzeczkę. - To jest taka liga - zaczął tajemniczo Mariusz Solecki, który w 75. min zdobył kontaktowego gola. - Tutaj wystarczy prosta piłka. My próbujemy grać kombinacyjnie, w efekcie na dopadnięcie Świtu zabrakło czasu. Zresztą pierwsza połowa w naszym wykonaniu była beznadziejna i szkoda tych niewykorzystanych sytuacji. W drugiej części zaatakowaliśmy, jednak dostaliśmy bramkę na 0:2. To było proste. Świt stanął we własnym polu karnym dziewięcioma zawodnikami i kontrował.

Jak zagrała Wisła okiem naszych rywali? - Nie można powiedzieć, że Wisła zagrała słabo - ostrożnie mówi płocczanin, ale eks-nafciarz Łukasz Figacz. - Cały czas gra dobrze i nadal jest murowanym kandydatem do awansu. Myślę, że do końca będzie się liczyła w stawce. Co się dzisiaj stało? My na każdy mecz wychodzimy po to, żeby wygrać. Dlatego teraz możemy cieszyć się z kompletu punktów.

W piątek nie popisał się bramkarz Wisły Krzysztof Kamiński. Do tej pory jeden z najmocniejszych punktów drużyny, właściwie sam dał pierwszą bramkę Świtowi. Najpierw źle i niepewnie interweniował przy rzucie rożnym. Chwilę później poczuł się zbyt pewnie, gdy na jego bramkę uderzał z 16 m Marcellinus Obema. Doskonale wiedział, gdzie uderzy rywal. Przestąpił jeszcze z nogi na nogę, gdy nadlatywała piłka. Już miał ją w rękach, gdy ta prześliznęła się pod jego brzuchem i między nogami. - Nie można mieć pretensji tylko do "Kamyka" - zaznacza pomocnik Wisły Tomasz Bekas. - Chłopak ma wyjątkowy niefart, bo za każdym razem jakiś jeden strzał w meczu dziwnie wpada. Powinien się troszeczkę zastanowić, bo wiem, że po meczu ze Zniczem miał jakiś problem z obręczą barkową i nie przyznał się, że go boli. Takie rzeczy trzeba zgłaszać. On ma wielki talent, a czasem jest po prostu za ambitny. Niestety, ta pierwsza bramka podcięła nam skrzydła, dostaliśmy ją do szatni. Po przerwie niepotrzebnie się odkryliśmy i dostaliśmy drugą bramkę z kontry w 55. min. W sumie było dokładnie tak jak w poprzednich przegranych meczach. To znaczy, my atakowaliśmy, a przeciwnik strzelał bramki.

Pierwotnie miała to zrobić Wisła, ale to jednak Świt potwierdził, że jest kandydatem do awansu. Choć piłkarze z Nowego Dworu tak się nie czują. - Nie myślimy o awansie do I ligi - twierdzi Adam Gmitrzuk. - To wynika głównie ze spraw organizacyjnych, bo w tym momencie mocno u nas kuleją. Jeśli ze strony zarządu wypłynie sygnał, że mamy awansować, wtedy będziemy o tym myśleć. Teraz po prostu wychodzimy na boisko po to, żeby zwyciężać w każdym kolejnym spotkaniu. Fakt, w Płocku zaczęliśmy mecz ostrożnie. Ale wiedzieliśmy, że im bliżej końca, tym Wisła będzie się bardziej denerwować. Graliśmy po prostu swoje, choć końcówka była ciężka.

Nafciarze znów nie wykorzystali szansy, żeby przynajmniej przeskoczyć Świt w ligowej tabeli. Teraz tych szans może już nie być wiele. - Gdyby widzieli państwo odprawę przed meczem z Wisłą... Mogę powiedzieć, że idealnie przewidziałem jego przebieg - mówił na pomeczowej konferencji prasowej trener Przemysław Cecherz. - Na szczęście dla nas nie grał jeszcze Daniel Koczon. Wiedziałem, że Wisła gra u siebie bardzo otwartą piłkę. Stworzyliśmy sobie 4-5 okazji, z czego dwie wykorzystaliśmy. Może niekoniecznie wpadły te, które miały, ale najważniejsze, że wygraliśmy. Jestem bardzo szczęśliwy.

Szkoleniowiec płocczan Jan Złomańczuk nie mógł być zadowolony. - Moi zawodnicy przespali pierwszą połowę i musieli gonić wynik. Pomimo że mieliśmy sytuacje w 2. i 4. min. Gdy przegrywaliśmy 0:1, podjąłem decyzję o zmianie Michała Twardowskiego na Mariusza Soleckiego. Opłaciło się, bo zdobyliśmy w końcu gola. Jednak jedna bramka na Świt to było zdecydowanie za mało.

Wisła Płock - Świt Nowy Dwór Maz. 1:2 (0:1)

Bramki

Wisła: Solecki (75.)

Świt: Obem (45. i 55.)

Sędziował Karol Mazuro.

Składy

Wisła: Kamiński - Nadolski (63. Grzelak), Pacan, Karwan Ż, Wiśniewski, Chwastek, Grudzień Ż, Wyczałkowski, Nowacki, Lewandowski (67. Mitura), Twardowski (46. Solecki);

Świt: Bigajski - Lendzion, Reginis, Gurzęda, Drwęcki Ż, Jagodziński, Enow Ż, Figacz Ż (54. Gmitrzuk), Kosiec (86. Galicki), Zjawiński (70. Czerkas), Obem.