Sport.pl

Nasz stadion ma być naszą twierdzą

Nafciarze w końcu pewnie wygrali mecz. Piłkarze Wisły pokonali 5:2 OKS 1945 Olsztyn. Co równie ważne, podopieczni Jarosława Araszkiewicza przełamali passę czterech spotkań z rzędu bez zwycięstwa i awansowali w tabeli grupy wschodniej II ligi na 6. miejsce. Do wicelidera tracą już tylko 3 pkt.
Wisła zagrała ładnie, z pełnym zaangażowaniem, a co najważniejsze efektywnie. - Udało się i cieszymy się ze zwycięstwa - mówił po meczu pomocnik Wisły Robert Chwastek. - Dodatkowo cieszy to, że było ono wysokie. Na pewno wynik jest też bardzo ważny dla naszego trenera, bo przecież był to jego debiut na płockim stadionie. W dodatku wreszcie coś zaczęło nam wychodzić.

Chwastek jest w tym sezonie jednym z najlepszych nafciarzy. Ale... - Uważam, że mój występ nie był udany. Mogę mieć teraz tylko nadzieję, że otrzymam szansę na rehabilitację w jednym z następnych spotkań. Jednak co tam ja. Najważniejsze jest to, żebyśmy wygrywali jako zespół, jako Wisła - dodał pomocnik nafciarzy.

Skoro nie siebie, to kogo wyróżnia zawodnik Wisły? - Zdecydowanie należy pochwalić Mariusza Soleckiego, który wniósł w meczu z OKS-em bardzo dużo do gry. Myślę, że pokazaliśmy kibicom, że jesteśmy zespołem i nawet jak już prowadziliśmy 4:2, to nadal walczyliśmy i chcieliśmy strzelać kolejne gole. Nie odpuszczaliśmy nawet na chwilę. Bo chcemy stworzyć w Płocku taką atmosferę, żeby zespoły, które będą do nas przyjeżdżały, po prostu bały się nas. Żeby z góry wiedzieli, że stadion Wisły jest naszą twierdzą i nie mają prawa marzyć o zwycięstwie, a tym bardziej wywieźć z niego choćby punkt - kończy Robert Chwastek.

Mimo dwóch puszczonych goli i jeszcze nie do końca w pełni sprawnej obręczy barkowej, bramkarz Wisły Krzysztof Kamiński znów udowodnił, że jest pewnym elementem zespołu. - Przy pierwszej bramce to już nie chodzi o to, czy był spalony. Mogliśmy całej sytuacji zapobiec. Chciałem wyjść do piłki i pewnie złapałbym ją bez problemu, ale niestety poślizgnąłem się - opowiada. - Nawet wkręty nie pomogły i byłem spóźniony. Dlatego tak to się skończyło. Ta bramka była zupełnie niepotrzebna. Dobrze zaczęliśmy spotkanie. Szybka bramka Marcina Pacana na 1:0, potem był właśnie ten gol. Ale gdy strzeliliśmy na 2:1, myśleliśmy, że już będzie spokojnie, że teraz będziemy zdobywać następne bramki. Tym bardziej że były okazje do podwyższenia wyniku. Choćby wtedy, gdy piłka odbiła się od dwóch słupków po strzale Michała Twardowskiego. Wtedy druga połowa byłaby pewnie tylko formalnością i koncertem naszej gry. Teraz potrzeba nam takiego meczu, w którym wygramy pewnie i bardzo wysoko, na zero z tyłu. Bo musimy sami sobie udowodnić, że potrafimy.

Za to zawodnicy OKS-u w ogóle nie mogli być zadowoleni po meczu. Co prawda oddali dwa strzały i zdobyli dwie bramki, ale popełnili zbyt wiele błędów w obronie. - Po raz kolejny zabrakło nam koncentracji w pierwszych minutach - stwierdził pomocnik gości Daniel Michałowski. - Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. W Płocku to my mieliśmy rzucić się do ataku, ale bramka już na początku meczu podcięła nam skrzydła. Nie możemy także tracić z rzędu właściwie takich samych goli. Rywale umiejętnie się bronili i niewiele mogliśmy zdziałać w ich polu karnym. U nas była za duża "dziura" pomiędzy obrońcami a pomocnikami. Później za bardzo się odkryliśmy, gdy graliśmy trójką defensorów. No i... po meczu padło w szatni kilka męskich słów.