Sport.pl

Chodzi o szacunek

Ligowe pożegnanie z halą Chemika, czyli Blaszak Areną, powinno być piękne i efektowne. I wzruszające, tak jak chwila, gdy minutą ciszy próbowano uczcić drugą rocznicę śmierci nazywanego ojcem płockiego szczypiorniaka Stanisława Sulińskiego. Próbowano, bo tej ciszy, pełnej uznania i szacunku, powinno dać się wybrzmieć. A nie dano.

Wiele obiecywałem sobie po tym meczu. Wierzyłem, że ten ostatni raz Wisła pokaże się tylko z dobrej strony. Że nie dość, że zagra na pełnych obrotach przez 60 minut, to jeszcze wygra wysoko. Pewnie. Zdecydowanie. Tak, żeby nikt nie miał wątpliwości. Tak, żeby już teraz popłynął czytelny sygnał do Kielc, że w tym Płocku, który od dwóch lat marzy o pokonaniu Vive, raczkuje potęga, na którą trzeba uważać, której nie można lekceważyć. A już na pewno nie tak, jak niestety kolejnych rywali lekceważy sobie Wisła.

Inaczej nie potrafię tego wytłumaczyć, bo nie potrafię zrozumieć, skąd bierze się taki brak koncentracji. Kiedy nagle w sprawnym mechanizmie, który tłamsi przeciwnika rzucając 5, 6, a nawet 8 bramek z rzędu coś się zacina. Kiedy on ni z tego ni z owego przestaje pracować. To lekceważenie nie tylko siebie, nie tylko kibiców, ale i rywali. To brak szacunku, którego nie usprawiedliwią wypowiedzi w stylu "z Vive tak nie będzie". Bo jeśli taką huśtawkę potrafi wykorzystać gorzowski AZS AWF, to mistrz Polski będzie zdecydowanie bardziej bezwzględny.

Szacunek to także sportowe okazanie swojej wyższości. Bo tylko w takiej sytuacji pokonany rywal spojrzy na Wisłę z uznaniem.

Szacunek powinien także okazać spiker. I to zawodnikom obu drużyn. Nie chodzi przecież o to, by wychwalać pod niebiosa swojego bramkarza w chwili, gdy puścił bramkę, a nazwisko szczęśliwego strzelca albo przemilczeć, albo wymruczeć coś niezrozumiale do mikrofonu tak, żeby nie daj Boże, ktoś usłyszał.

Tak. Szacunku w sobotę najbardziej w Blaszak Arenie zabrakło.