Artur Góral: Czesio załatwił mecz

Gdyby nie nasz fizjoterapeuta, to byłby walkower. To on zaciekle suszył parkiet... suszarką do włosów - zdradza kulisy ostatniego zwycięstwa szczypiornistów Orlen Wisły w Blaszak Arenie Artur Góral.
Kiedyś świetny bramkarz, dziś jeden z asystentów Larsa Walthera, był gościem współtworzonego przez "Gazetę" magazynu "Z pierwszej ręki - o handballu słów więcej niż kilka" w Katolickim Radiu Płock.

Oprócz niego w studiu pojawił się Ryszard Wolbach, który zaprezentował fragment nowego, a właściwie pierwszego hymnu SPR Wisła, który nagrał nie tylko z Krzysztofem Misiakiem, ale także z zawodnikami i kibicami.

Andrzej Zarębski, Renata Kowalska: Na pożegnanie Blaszak Areny wygraliście z AZS AWF Gorzów Wlkp. 33:28 (19:11). Twoim zdaniem Wisła zagrała dobre spotkanie?

Artur Góral: - Powiedzmy, że tak. Ale tylko przez 30 min.

A drugie pół godziny?

- Nie było najlepsze w naszym wykonaniu, do tego przegraliśmy drugą połowę trzema bramkami. Liczyliśmy, że pożegnamy się zwycięstwem, ale... Wygrana nie zawsze cieszy. Lars Walther powiedział po meczu, że nasi zawodnicy są profesjonalistami. Ja powiem - oni wiedzą jak zagrali. Mieli po meczu wielkiego, moralnego kaca. Wszyscy mieliśmy.

Próbowaliście jakoś jego objawy załagodzić?

- Nawet nie mieliśmy ochoty na przysłowiowe pomeczowe piwo. Były za to pretensje o niewykorzystane sytuacje. Przecież one wynikały z gry. Chyba za szybko uwierzyliśmy, że Gorzów jest już na łopatkach. Do gry wkradło się trochę fantazji, część zawodników robiła to pod publiczkę. No i te karne. Nie oszukujmy się, cieszą nas dwa punkty, w końcu nie przegraliśmy jeszcze w lidze. Ale radości w nas nie było.

Sporo obronił też Luchien Zwiers. Oceń jako były bramkarz - był naprawdę taki dobry, czy było raczej tak, jak mówili zawodnicy Wisły, że sami w niego rzucali?

- Te interwencje to jego zasługa. Często w takich meczach bramkarzom lepiej się gra. Zauważcie co nasi rywale mówili przed spotkaniem. Że jak przegrają dziesięcioma, to będzie fajnie. Wyszli na boisko na luzie, bo wiedzieli, że jak przegrają to się nic nie stanie. Powiedzieliby co najwyżej: trudno, byliśmy słabsi. Gdy się nie czuje przedmeczowego napięcia, gra się lepiej. Przekłada się to też na bramkarzy. Przypomnijcie sobie co robił niedawno w Płocku Adam Wolański ze Stali Mielec. Był świetny.

Ryszard Wolbach: Mogę się wtrącić? Przygotowałem się do rozmowy i sumiennie obejrzałem powtórkę meczu w telewizji. I mam kilka refleksji. Pierwsza jest taka, że bramkarz drużyny przeciwnej był ewidentnie natchniony. Jeśli chodzi o Filipa Kliszczyka, który rzucił ostatnią bramkę, to ujął mnie swoją fryzurą. Ma przepiękne dredy. W związku z tym mam pytanie. Czy taktyka pozwala na pociąganie za takie dredy i czy to nie jest zabronione?

- Myślę, że to nie byłoby fair play. Ale Filip od lat słynie z tej fryzury. Trochę go podziwiam, bo ja bym tak nie mógł.

Wolbach: A wam nie przeszkadza jak tak włosami chlasta na lewo i prawo?

- Ja nie miałem problemu, bo byłem bramkarzem i rzadko mieliśmy kontakt (śmiech).

Nie zabolało was to, że właśnie Kliszczyk zdobył ostatnią, historyczną bramkę w Blaszak Arenie?

- Nie patrzyliśmy tak na to. Szczerze? Nie chce nam się wierzyć, że to nasz ostatni mecz w Chemiku. Nas interesował końcowy wynik. Ktoś może powie, że to fajna sprawa wygrać pięcioma bramkami. Ale nie dla nas.

Ale Kliszczyk?

- No może trochę szkoda, że nie zrobił tego żaden zawodnik Wisły. Mógłby się tym szczycić do końca kariery.

Trzeba było w takim razie zdobyć gola samobójczego.

- Oj nie, bo to byłaby jeszcze gorsza historia.

Wolbach: To trzeba było na pożegnanie zrobić mecz rezerw z pierwszym zespołem i wtedy wszystko zostałoby w domu.

- Jest jeszcze taka możliwość. Jak rezerwy wygrają w Pucharze Polski i trafimy na siebie, to zagramy w Blaszak Arenie. I mielibyśmy godne pożegnanie.

Zanosiło się na to, że mecz z akademikami w ogóle nie zostanie rozegrany.

- I w tym miejscu chciałbym pozdrowić naszego fizjoterapeutę Czesia [Michał Dolny - red.], który uratował nam mecz... suszarką do włosów. Sędziowie rzeczywiście nie chcieli dopuścić do pojedynku. Groził nam walkower. Tylko Czesiu podszedł do tego solidnie i zaciekle suszył.

Wolbach: Co on tak suszył?

- No wodę. Panie umyły parkiet przed spotkaniem i woda podeszła pod wykładzinę.

Które spotkanie w "blaszaku" najmilej wspominasz?

- Zdecydowanie te, które dały nam pierwsze mistrzostwo Polski. Finału play off z 1995 roku, kiedy biliśmy się z Iskrą Kielce, nie da się zapomnieć. Każde z pięciu spotkań miało swoją historię, swoją dramaturgię. Nie można powiedzieć, że któryś z nich był ważniejszy. Wszystkie wryły się w pamięć. Stworzyliśmy wtedy wspaniałą paczkę, byliśmy młodzi i głodni sukcesu. Na koniec była straszna euforia.

Ale pamiętam też spotkania, po których kibice nie widzieli, jak siedzieliśmy w szatni i płakaliśmy jak małe dzieci, kiedy w Chemiku przegrywaliśmy mistrzostwo z Iskrą i Wybrzeżem Gdańsk. Szczególnie to Wybrzeże bolało. Po 15 min wydawało się, że mamy złoto, a finał był zupełnie inny. Normalnie tragedia. Nawet dwa lata temu wszyscy na hali czekali na rozdanie złotych medali, a my czwarty mecz z Vive przegraliśmy. Smutno się to skończyło.

Była też kontuzja, która omal nie zakończyła twojej sportowej kariery. Mało kto wierzył, że się podniesiesz po tym, jak złamałeś nogę.

- To akurat nie jest temat do miłych wspomnień. Wiecie, że ja jeszcze tego kawałka meczu nie obejrzałem? Zresztą nie mam już nawet magnetowidu w domu, a nagranie jest na kasecie VHS. Może jak będę starszy i będę miał chwilę, żeby zobaczyć przebieg kariery, to może... Ciężko mi było w szpitalu, gdy czytałem, że to koniec. Że przedwcześnie będę musiał odejść. Powiedziałem sobie wtedy, że nie, że ja wszystkim udowodnię. I udało się. Wróciłem i jeszcze kilka razy zagrałem w reprezentacji, zdobyłem kolejne mistrzostwa z Wisłą.

Wolbach: Czy zdążycie się przyzwyczaić do nowej hali? Przecież Orlen Arena to zupełnie nowe miejsce, z inną akustyką, gdzie właściwie wszystko będzie inne.

- Myślę, ze będziemy mieli za sobą wspaniałych kibiców. Ale rzeczywiście będziemy mieli mało czasu, tj. trzy treningi, żeby poczuć się tam jak u siebie. Będziemy grali w Płocku, ale... jakby na wyjeździe. Będziemy mieli do czynienia z zupełnie inną przestrzenią, innymi odległościami. Dla kibiców to może jest niezauważalne, jak zawodnicy zachowują się rzutowo na hali Chemika, a jak w halach, gdzie za bramkami jest jeszcze dużo miejsce. No i nie będzie takiego kontaktu z publicznością.

Niepowtarzalnej atmosfery też pewnie nie uda się odtworzyć.

- Chciałbym, żeby się udało, ale nie będzie to możliwe. Bo Blaszak Arena ma w sobie to coś. Nawet słynny THW Kiel... Pamiętam jak szkoleniowiec wszedł do środka, jak się rozglądał i jak powiedział na koniec: Będzie ciężko. I przegrali z nami jedną bramkę. Szkoda, ale czas iść naprzód. Zawodnikom i kibicom należała się nowa hala. Trzeba pielęgnować historię, ale czas iść dalej.

17 listopada Wisła zmierzy się w Orlen Arenie z Vive. To będzie nie tylko debiut szczypiornistów w nowej hali, ale także po raz pierwszy usłyszymy nowy hymn.

Wolbach: - Nie, to nie hymn. Raczej rockendrollowa piosenka dla kibiców. Postanowiliśmy napisać piosenkę energetyczną, z powerem. Myślałem, kto by się do tego nadawał. Padło na Krzysia Misiaka, bo to jeden z ostatnich rockendrollowców w mieście. Bardzo fajnie nagrywało się płytę, zaszczycili nas zawodnicy, przyszli też kibice. Mamy dzięki temu wspaniały utwór.

Może lepiej byłoby go posłuchać wcześniej. Tak, żeby nie zapeszyć.

- Też tego nie rozumiem. Nie pozwolono mi tego zrobić w radiu, bo jest jakiś zawiły plan marketingowy, którego do końca nie rozumiem. W każdym razie ma to być niespodzianka.

A jak spisali się wokalnie zawodnicy?

- Pięknie zaśpiewali, ciągnęli "górę", że łał... No ale trzeba poczekać do premiery.