Piechota i Leszczyński wyróżnieni. Są sędziami IHF

Płock w piłce ręcznej potęgą jest i basta. Choć na razie głównie za sprawą sędziów. Tuż przed świętami arbitrami najwyższej klasy IHF zostali Marcin Piechota i Bartosz Leszczyński. Obaj dołączyli w tym gronie do Bogdana Lemanowicza. - Myślę, że to dzięki płockiemu charakterowi - mówi Bartosz Leszczyński
Przygoda z sędziowaniem pary Piechota - Leszczyński rozpoczęła się w 2001 roku. To właśnie wtedy przestali grać w piłkę ręczną, ale postanowili zrobić coś, by przy szczypiorniaku zostać. Razem zaczęli sędziować przez przypadek, ale ich kariera błyskawicznie nabrała tempa. Po roku "gwizdania" zostali arbitrami związkowymi, a w latach 2003-2004 prowadzili już zawody w I lidze. W ekstraklasie wylądowali rok później.

Potem była nominacja do egzaminu wewnętrznego na arbitra Europejskiej federacji piłki ręcznej (EHF), a przed ostatnimi świętami płocczanie dostali plakietki najwyższej klasy sędziego międzynarodowego (IHF). Wszystko podczas kursu szkoleniowego w St. Gallen. Tam rywalizowali z pięcioma parami z Wielkiej Brytanii, Grecji, Portugalii, Szwecji i Szwajcarii. Okazali się jednymi z najlepszych i dodatkowo dostali zaproszenie do Turcji na turniej kwalifikacyjny do mistrzostw Świata mężczyzn do lat 21, na który wyjadą już 6 stycznia.

Wojciech Wiśniewski: Komu zawdzięczacie to, że jesteście właśnie na tym poziomie?

Bartosz Leszczyński: Na początku pomagali nam Jacek Wróblewski, Bogdan Lemanowicz [wtedy sędzia EHF, teraz IHF - red.], Maciej Wierciński oraz ci, którzy obserwowali nas podczas spotkań, czyli Wojciech Majchrzak i Edward Koziński. Krótko mówiąc, mieliśmy nauczycieli z górnej półki. Ale to, że jesteśmy w tym punkcie, zawdzięczamy również rodzinom. Nasze wyjazdy poza kraj są dla nich bardzo ciężkie. Moja żona i dwaj synowie bardzo to przeżywają. Podobnie jak narzeczona Marcina, która jest w ciąży i za trzy tygodnie urodzi mu syna.

W Płocku mamy prawdziwy wysp sędziów międzynarodowych. Wy dołączyliście do Bogdana Lemanowicza.

- Myślę, że to "wina" takiego płockiego charakteru. Potrafimy zagryźć zęby i ciężko pracować. Przed każdym wyjazdem biegamy nawet 30-40 kilometrów tygodniowo i chodzimy trzy razy w tygodniu na siłownię. Nie zapominajmy, że również w przeszłości było wielu płocczan, którzy odnosili sukcesy w sędziowaniu. Szefem arbitrów jest Henryk Szczepański, który przecież pochodzi z Płocka. Jacek Wróblewski jest jednym z najbardziej utytułowanych sędziów piłki ręcznej [m.in. olimpiada w Barcelonie w 1994 r. - red.]. Więc to nie tylko my. Ludzie w naszym mieście mają nie tylko charakter do tego, aby ciężko pracować, ale również szczęście. Nie ma co ukrywać. Trafiliśmy na bardzo dobry moment, bo na "emeryturę" odeszli Mirosław Baum i Marek Góralczyk oraz bracia Arkadiusz i Leszek Sołodkowie.

Czy można się spodziewać, że jeszcze jedna polska para dostanie nominację, skoro dwie zakończyły karierę?

- Ciężko powiedzieć. Tak naprawdę nikt tego nie wie. Ścieżki międzynarodowej federacji są nieznane. Wiemy jedno, że limit par IHF jest już prawie zapełniony.

Co trzeba zrobić, aby dostać plakietkę sędziego IHF?

- Trzeba być sędzią EHF i odbyć minimum dwa kursy, czyli międzynarodowe wyjazdy szkoleniowe, ale maksymalnie można być na czterech. Jeśli w ciągu tych czterech nie dostanie się nominacji, to już nie ma możliwości zostać sędzią międzynarodowym.

Powiedz, jak wygląda taki kurs?

- To testy, testy i jeszcze raz testy. Biegowe, wideo, teoretyczne. Jest tego mnóstwo i tutaj nie da się nic oszukać. Test biegowy to tzw. beep-test, czyli bieganie odcinków 20-metrowych coraz szybciej i szybciej. Na wideo oglądamy najbardziej kontrowersyjne sytuacje z największych imprez z ostatnich czterech-pięciu lat. Tutaj są dwie opcje. Albo wybiera się jedną z czterech odpowiedzi, albo opisuje się akcję własnymi słowami. Każdy sędzia pisze sam, dlatego później można sprawdzić interpretację każdego z osobna i to czy się pokrywają z tym, co napisał partner. W hiszpańskim Granollers cały kurs kończył się jeszcze czterodniowym turniejem. Na naszym drugim kursie w St. Gallen oprócz egzaminów sędziowaliśmy także trzy mecze. Ale tam dostaliśmy już plakietki IHF.

No to trzeba się nieźle naharować, żeby dostąpić takiego zaszczytu.

- Zdecydowanie. Bardzo ciężko na to pracowaliśmy. Byliśmy wręcz perfekcyjnie przygotowani teoretycznie i fizycznie. I bardzo cieszymy się, że nam się udało.

Z czym wiąże się taki awans w hierarchii?

- Na pewno zmobilizuje nas do jeszcze cięższej pracy. Najprawdopodobniej będziemy teraz dostawać więcej spotkań międzynarodowych i możliwe, że będziemy sędziować największe światowe imprezy.

Jakie jest wasze marzenie związane z sędziowaniem?

- Jak wszyscy sportowcy marzymy o olimpiadzie. W tym roku byliśmy na Mistrzostwach Europy mężczyzn do lat 21 i sędziowaliśmy finał. W zeszłym i w tym prowadziliśmy po jednym meczu Ligi Mistrzów, odpowiednio mężczyzn i kobiet. Co będzie dalej? Naprawdę nie wiemy jakie mecze i kiedy dostaniemy.

Mieliście jakieś ciekawe przygody? Może nie dojechaliście na mecz?

- Nie, zawsze staramy się wyjechać na tyle wcześnie, żeby dotrzeć spokojnie na miejsce. Choć... Ostatnio mieliśmy taką sytuację w Islandii, kiedy dojechaliśmy na 10 minut przed rozpoczęciem spotkania. Nie była to co prawda nasza wina, bo bardzo namieszały śnieżyce. Byliśmy aż 36 godzin w drodze, zamieniano nam loty. W efekcie przebieraliśmy się pod halą w samochodzie. Ale my to my. Mecz był transmitowany na żywo i podobno Haukar musiał zapłacić 2 tys. euro za to, żeby telewizja puszczała przez kwadrans reklamy i mecz mógł się zacząć z poślizgiem.

Teraz się śmiejemy kiedy to opowiadamy, ale wtedy nie było nam tak wesoło. Bo szczerze mówiąc, pech nas nie omija.

To znaczy?

- Bardzo często giną nam bagaże. Przykładowo gdy wyruszaliśmy do Szwajcarii, swoje rzeczy ostatni raz widziałem w Warszawie. Tam też je w końcu odebrałem tuż przed Wigilią. Dlatego nauczeni doświadczeniem zawsze mamy rzeczy do sędziowania przy sobie, w bagażu podręcznym. W takich sytuacjach gdy odwołują ci lot albo ginie bagaż, a zaraz musisz być na odprawie do innego samolotu, trzeba być skupionym przez cały czas i bardzo szybko działać.

Czyli dokładnie tak samo jak na boisku, kiedy musicie podjąć decyzję w ułamku sekundy.

- Dokładnie. I na boisku, i w podróży musimy reagować bardzo szybko.