Vegard Samdahl: Mam nadzieję, że pokonamy Vive już w marcu

Uśmiechnięty, żartobliwy, w młodości skakał na nartach. Nie, to nie Adam Małysz, a rozgrywający Orlen Wisły Płock Vegard Samdahl.
Norweski szczypiornista był gościem poniedziałkowego magazynu "Z pierwszej ręki, o handballu słów więcej niż kilka" [współtworzonego przez "Gazetę" magazynu można słuchać w każdy poniedziałek w Katolickim Radiu Płock].

Renata Kowalska, Andrzej Zarębski, Wojciech Wiśniewski: Tak na początek... Możesz zadzwonić do Marit Bjorgen i powiedzieć jej, żeby choć raz pozwoliła wygrać na mistrzostwach świata Justynie Kowalczyk?

Vegard Samdahl: Tak, znam Marit osobiście. Zaraz po programie zadzwonię do niej i powiem, żeby następnym razem trochę zwolniła.

Naprawdę znasz Marit Bjorgen?

- Nie... (śmiech).

W Norwegii sporty zimowe to sprawa narodowa. Nie marzyłeś o karierze narciarza?

- Od małego chciałem zostać profesjonalnym zawodnikiem i reprezentować swój kraj. Moje marzenie się spełniło.

Zawsze w grę wchodziła tylko piłka ręczna?

- Nie, kiedy byłem młody, próbowałem wszystkiego. Byłem skoczkiem narciarskim, próbowałem biegów.

Nie bałeś się stając tam na górze, na skoczni?

- A skąd. Byłem w młodości dość szalony, więc się nie bałem.

To skąd ten handball?

- Moi znajomi trenowali piłkę ręczną i nożną. Ponieważ byłem bardzo kontaktową osobą, to jakoś mnie w to wciągnęli. W sumie sporty zimowe były dla mnie zbyt indywidualne.

Prawdopodobnie gdybyś wybrał skoki, również byśmy o tobie słyszeli, bo rywalizowałbyś z Adamem Małyszem.

- Taaak (śmiech). Adam Małysz jest bardzo dobrym skoczkiem. Kiedy są zawody, zawsze oglądam je w telewizji. Uważam, że Adam jest jednym z najlepszych zawodników w całej historii skoków narciarskich. I fajnie, że Polacy mają kogoś takiego, kto dał im tyle radości. Jestem przekonany, że jeszcze wiele razy ją da. Aha... A może pójdźmy na kompromis. Skoro Polacy mogą pokonać Norwegów w skokach, to my róbmy to dalej w biegach (śmiech ).

Czy sobotnie spotkanie z Nielbą Wągrowiec będzie dla was tak samo łatwe jak to z GSPR-em Gorzów Wlkp.?

- Nie, bo Nielba to dobry zespół. A co za tym idzie, nie będzie tak łatwo z nią wygrać. Niemniej gramy we własnej hali, będziemy mieli za sobą kibiców i zrobimy wszystko, aby zwyciężyć.

Granie z zespołami, które w tabeli zajmują odległe miejsca, chyba jest dla was kłopotliwe.

- Bo zdecydowanie trudniej się na nie skoncentrować. Choć z drugiej strony, przy takich drużynach można sobie pozwolić na odrobinę luzu. Strata jednej czy dwóch piłek nie powoduje żadnych negatywnych konsekwencji. Co innego, gdy gra się z zespołem klasy Vive Targi Kielce. W tym wypadku za każdy błąd od razu spotyka cię kara.

Gdy przychodziłeś do Wisły, mówiło się o tobie, że jesteś jednym z tych zawodników, który będzie antidotum na mocarstwowość zespołu z Kielc. Jak to teraz odbierasz?

- Zostało mi jeszcze parę miesięcy kontraktu i mam nadzieję, że w tym czasie w końcu uda się pokonać Vive chociaż raz. To naprawdę dobry zespół, o czym mogliśmy się przekonać, po ich pojedynkach w Lidze Mistrzów. Grali przecież przeciwko Rhein - Neckar Löwen, THW Kiel czy Chambéry Savoie. I radzą sobie z najlepszymi zespołami w Europie. My pracujemy mocno, żeby osiągnąć taki poziom. Ale to zajmie trochę czasu. Doszło kilku nowych zawodników przed sezonem i... zobaczymy, jak to będzie .

Ten pierwszy raz będzie...

- Mam nadzieję, że 20 marca w finale Final Four Pucharu Polski.

Mówiłeś, że zostało ci jeszcze tylko kilka miesięcy gry dla Wisły. Chcesz przedłużyć kontrakt?

- Na razie nie mam żadnych ofert z innych klubów. Może zostanę, a może nie.

Ktoś z klubu rozmawiał z tobą o nowym kontrakcie?

- Nie konkretnie. Rozmawiałem o pozostaniu z trenerem Larsem Waltherem, ale żadnej konkretnej oferty nie dostałem.

Kiedy przychodziłeś do Płocka, mówiłeś, że chcesz się zemścić za mecz mistrzostw świata, kiedy "rzutem Siódmiaka" Polacy wyeliminowali was z dalszej gry.

- Tak, usłyszałem to pytanie jakieś trzy razy, kiedy trafiłem do Wisły. Postanowiłem, że za każdym razem odpowiem coś zabawnego (śmiech). A tak poważnie. Bogdan Wenta ma w sobie coś takiego, że zespoły, które prowadzi, osiągają dobre wyniki. Ale tak jak mówiłem, mam nadzieję, że chociaż raz uda mi się, a właściwie nam, go pokonać.

Ta bramka Artura Siódmiaka w Polsce stała się legendą. Czy w Norwegii również wracacie do tego meczu?

- Nie, to jest tylko gra. Oczywiście gdybyśmy wtedy wygrali, to być może stalibyśmy się legendą w Norwegii. Awansowalibyśmy do półfinału, a to byłby pierwszy raz w historii. Jasne, czasem budzę się w nocy, bo mam związane z tym rzutem koszmary (śmiech).

Myślisz, że więcej graczy z Norwegii pójdzie w twoje ślady i zdecyduje się na grę w PGNiG Superlidze?

- Ciężko powiedzieć. Gram już tu od prawie dwóch lat i dla mnie jest to bardzo fajna przygoda. Jeśli ktoś by mnie zapytał o rekomendację polskiej ligi, na pewno bym ją polecił.

Co myślisz o Nikoli Eklemoviću i Muhamedzie Toromanoviciu, nowych nabytkach Wisły?

- Nie znam ich za dobrze, dlatego nie chciałbym się na ten temat wypowiadać, bo mógłbym powiedzieć coś nieprawdziwego. Jednak skoro Wisła ich zakontraktowała, to muszą być dobrymi zawodnikami.

Boštjan Kavaš przed tygodniem powiedział, że nikt już nie jest wam potrzebny, bo wreszcie zaczęliście tworzyć drużynę.

- Nie jest tak łatwo powiedzieć, co jest dobre dla klubu, a co jest złe. Moje zdanie jest takie: jeśli chcesz mieć dobry zespół, musisz go budować latami. Zobaczymy, jak będzie, moim zdaniem mamy wszystko, żeby taki zespół stworzyć.

A czego twoim zdaniem brakuje Wiśle, by ta nie dość, że pokonała Vive, to jeszcze zawojowała Europę?

- To jest trudne pytanie. Można spojrzeć na THW Kiel czy Ciudad Real i nietrudno zobaczyć różnicę między nimi a nami. Oni mogą sobie ściągnąć każdego zawodnika, jakiego tylko chcą. Inne kluby, tym bardziej takie jak Wisła, zadanie mają zdecydowanie trudniejsze.

Co ci się podoba w Płocku?

- Mamy tu z rodziną wielu znajomych. To miasto ma miejsce w moim sercu i na pewno będę o Płocku zawsze pamiętał, niezależnie od tego, gdzie będę grał i gdzie będę żył.