Adam Wiśniewski: - Wierzę, że to my wygramy Final Four

W weekend w Płocku wielki finał Pucharu Polski. Kto będzie lepszy? Szczypiorniści Orlen Wisły czy może Vive Targi? - Miejmy nadzieję, że Bogdan Wenta popełni jakieś błędy. W tym sezonie już trochę krytyki na niego spadło. Słaby występ reprezentacji, odpadnięcie z Ligi Mistrzów, gdzie mecz z Celje powinni wygrać. To wszystko może tkwić gdzieś tam z tyłu głowy trenera Vive -- mówi skrzydłowy i jeden z kapitanów Wisły Adam Wiśniewski
Wojciech Wiśniewski: Wczoraj porównaliśmy siłę ofensywną Wisły i Vive, bo nie tylko naszym zdaniem właśnie te drużyny spotkają się w wielkim finale Final Four. Wyszło nam, że na papierze kielczanie prowadzą 3:2...

Adam Wiśniewski: No, to mieliście trochę roboty. Ja bym się takiej oceny nie podjął, bo to szalenie ciężka sprawa. Poza tym jakoś tak już jest, że mnie inne pozycje nie interesują. Grając na skrzydle, nie muszą sobie nimi głowy zaprzątać. A jeśli chodzi o Vive, to właściwie w każdym miejscu mają zawodnika, który może nam zagrozić. Takie porównania fajnie wyglądają, jak się je czyta. Ostatecznie jednak zawsze liczy się to, co w meczu. Przecież gwiazda drużyny może zagrać słabo, a zawodnik młody, niepozorny, może mieć mecz życia. Moim zdaniem nikt w Płocku nie będzie patrzył i pamiętał statystyk, jeśli uda nam się wygrać Puchar Polski. Wracając do mojej pozycji, może to my mamy słabsze lewe skrzydło? Nie wiem.

I właśnie tu się mylisz, przynajmniej jeśli chodzi o naszą ocenę. Lewe skrzydło to jeden z dwóch zdecydowanych plusów na korzyść Wisły. Choćby dlatego, że znakomicie się z Joakimem Backstromem uzupełniacie.

- No to jestem mile zaskoczony. Fakt, zawsze udaje nam się tak trafić, że jak ja nie mogę rzucić bramki, to wchodzi Joakim i zdobywa kilka goli. Bardzo dobrze się wymieniamy, dzięki czemu lewe skrzydło zawsze wygląda dobrze. Raz ja rzucę osiem goli, raz on. Praktycznie co mecz mamy pełną wymienność. Chłopaki w Vive takiej regularności nie mają. U nich jeden zawodnik gra w kilku spotkaniach, a drugi rzadko.

W dodatku skrzydłowy to bardzo specyficzna pozycja, można biegać cały mecz i nie oddać rzutu.

- Dokładnie. Są czasem takie mecze, że biegam przez 30 minut i dostanę jedną piłkę, a po przerwie wchodzi "Mały" i od razu rzuca sześć goli. Wtedy śmiejemy się, że zabiegałem obrońcę i już nie miał siły, żeby go powstrzymać.

Prezes Wisły Andrzej Miszczyński powiedział, że Vive praktycznie nie zrobiło od listopada postępów. Co innego wy.

- Na temat Vive ciężko cokolwiek powiedzieć, bo grają strasznie nierówno. Potrafią zagrać fantastyczne spotkanie w Lidze Mistrzów, a później w Superlidze robią wszystko w zwolnionym tempie i wypadają strasznie słabo. My na pewno zrobiliśmy krok do przodu. Każdy z nas wierzy, że w niedzielę zdobędziemy puchar, choć na pewno czeka nas bardzo zacięte widowisko. Wydaje mi się, że kielczanie są już chyba trochę zmęczeni swoją obecnością. Przecież bez przerwy ze sobą przebywają, nawet jak pojadą na reprezentację. To na pewno jest bardzo męczące.

Serio wierzysz, że Wisła zdobędzie swój 11. Puchar Polski?

- Oczywiście. Inaczej nie miałbym po co wychodzić na boisko. I nie zapominaj, że wiara czyni cuda.

Kogo w Vive najbardziej się obawiacie? Naszym zdaniem, jeśli już, to Urosa Zormana?

- Zorman robi w Kielcach naprawdę kawał dobrej roboty. Jednak tak jak mówiłem wcześniej, na każdej pozycji Vive ma zawodników, którzy mogą nam zagrozić. Zobaczymy w niedzielę, co się w Orlen Arenie urodzi.

Po waszym przegranym listopadowym meczu trener Vive Bogdan Wenta mówił, że bardzo się obawiał właśnie ciebie. Też czujesz się najpoważniejszym zagrożeniem dla drużyny z Kielc?

- Nie, zdecydowanie nie. Wolałbym, żeby trener Wenta zamiast bać się mnie, bał się całego zespołu Wisły. Miejmy nadzieję, że ich szkoleniowiec popełni jakieś błędy. W tym sezonie już trochę krytyki na niego spadło. Słaby występ reprezentacji, odpadnięcie z Ligi Mistrzów, gdzie mecz z Celje powinni wygrać. To wszystko może tkwić gdzieś tam z tyłu głowy Bogdana Wenty.

Mówisz to z autopsji? W poprzednim sezonie cały czas musiałeś z Wisłą bić się nie tylko z rywalami, ale i krytyką.

- Dokładnie. Nie było to miłe. Gdziekolwiek nie pojechaliśmy, zawsze zastanawialiśmy się, czy w ogóle wygramy. Na szczęście mamy to wszystko za sobą. Już wiemy, że zwyciężymy, a jeśli już się zastanawiać, to tylko nad ilością bramek (śmiech).

W listopadzie szczególnie dotkliwy był brak leworęcznego Bostjana Kavasa. Jego występ w niedzielę będzie dużym wzmocnieniem?

- Ogromnym! Z nim to będzie zupełnie inna gra. Przede wszystkim szybsza, bo łatwiej jest odwrócić akcję leworęcznemu zawodnikowi na prawym rozegraniu. Możliwe, że w tak ważnym meczu zagra po raz pierwszy Paweł Paczkowski. Dla takiego młodego chłopaka byłoby to niesamowite przeżycie.

Artur Góral mówił, że kiedyś przed świętą wojną trzeba było was studzić. Teraz też tak jest?

- Może nie do końca... Kiedyś to chwilami nawet nie przypominało sportu. Krew się lała, były złamane ręce, nosy, a przecież nie o to chodzi. Ale że zbliża się Vive, rzeczywiście czuć już na treningach. Czasem ktoś kogoś mocniej złapie, coś zatrzeszczy. Nie zapominajmy jednak, że najpierw będziemy musieli wygrać z Miedzią Legnica.

W rundzie jesiennej newralgicznym momentem była dla was 45. minuta. Wtedy jakby ktoś "odcinał" Wiśle prąd. Za to po świętach to pierwsze połowy były słabsze.

- Być może cięższe treningi były temu winne. Teraz już jednak pracujemy lżej i przyszła świeżość. Mamy nawet nadzieję, że w sobotę i niedzielę będziemy fruwać (śmiech).

Czy w Orlen Arenie czujecie się już jak we własnej hali? Czy może lepiej byłoby Final Four rozegrać w hali Chemika?

- Nie, nie, nie. O Blaszaku trzeba już powoli zapominać. W listopadzie mieliśmy przedsmak tego, co będzie się działo teraz na Final Four. Wtedy czuliśmy się jak na wyjeździe, bo mieliśmy tylko kilka treningów w tej hali. Teraz jest zupełnie inaczej, bo rozegraliśmy już w Orlen Arenie kilkanaście spotkań. Myślę, że możemy już powiedzieć, że to nasz dom.