Sport.pl

Edward Koziński: Takiej Wiśle biję brawo

?Chciałbym oglądać Wisłę na wysokim szczeblu europejskich rozgrywek. Jak na razie udaje się to z różnym skutkiem, bo w trzech ostatnich latach można było więcej osiągnąć. Ale jestem za tym, by tak zarządzana spółka piłki ręcznej szła dalej w tym kierunku?
Tak mówi były znakomity trener płockich szczypiornistów Edward Koziński, jeden z twórców płockiej szkoły piłki ręcznej. Z pierwszym zespołem pracował najpierw w latach 1978-89. A w 2002 r. z płockimi szczypiornistami po raz drugi w historii klubu zdobył tytuł mistrza Polski. Po raz pierwszy poprowadził też nafciarzy w elitarnej Lidze Mistrzów.

Edward Koziński: Na rozmowę to zapraszam do swojej "psiej budy" nad jeziorem [czyli do letniskowego domku w Grabinie - red]. Teraz, kiedy wiodę sobie spokojny tryb życia na emeryturze, mam dużo czasu, by rozmawiać. Zwolniłem tempo, nie mam żadnych stresów, mogę sobie do woli wędkować i myśleć o piłce ręcznej. Nie wiem, czy pan wie, ale jestem na każdym meczu Wisły w Płocku, siadam na trybunach, i to co najmniej godzinę przed jego rozpoczęciem, bo chcę widzieć, jak zawodnicy prezentują się na rozgrzewce. Dzięki temu mogę sobie dedukować, w jakiej są formie, jak bardzo są zmotywowani. Podchodzę już do tego mniej emocjonalnie niż wtedy, kiedy siedziałem na ławce trenerskiej. Ale zboczenie zawodowe silniejsze ode mnie. Często się nad tym zastanawiam, bo dalej nie mogę w pełni zachwycać się moją ukochaną dyscypliną sportu.

Adam Małachowski: Co według pana zmieniło się przez ostatnie lata w płockim klubie?

- Na pewno podejście władz klubu do wykonywania obowiązków. I nie mam tu żadnych wątpliwości. To, co się wydarzyło przez ostatnie trzy lata, to jest zawodowstwo. Bo jest zawodowy prezes, który odpowiada za całą organizację klubu. Nie wiem, czy pamięta pan czasy, kiedy pracownicy oddelegowani do pracy w klubie na co dzień nalewali naftę. Dopiero po pracy oddawali się sprawom drużyny, klubu. Nigdy nie było nas stać na to, by mieć takie podejście do sprawy jak dziś. A mówimy o profesjonalnym prowadzeniu zespołu. To jednak nie znaczy, że jak profesjonalne, to bezbłędne. Można wykonywać swój zawód profesjonalnie, ale przy tym popełniać też błędy zarówno strategiczne, taktyczne, jak i merytoryczne. Ale tak jest w każdej działalności człowieka.

Druga sprawa to finanse. W sporcie nie ma co szukać romantyzmu, w tej chwili nikogo nie jest stać na to, by za darmo uprawiać sport wyczynowo. Trzeba poświęcić lata swojego życia, ale nie tylko pracować na treningach i grać mecze. Bo jeśli mówimy o profesjonalnym podejściu do sprawy, to zaniedbuje się życie rodzinne, towarzyskie, trzeba poświęcić kawał swojego życia. Dlatego tak bardzo istotna jest właściwa organizacja. Jestem za tym, żeby Wisła w takim kształcie jak obecnie szła w tym kierunku. Takiej Wiśle biję brawo, bo chciałbym oglądać moją Wisłę na wysokim szczeblu europejskich rozgrywek. Jak na razie udaje się to z różnym skutkiem, bo w tych ostatnich trzech latach można było więcej osiągnąć. W pierwszym roku działalności spółki SPR Wisła chłopaki jak dzieci odpadli z europejskich pucharów z rumuńską Resitą. Podobnie było w tym roku. Nie powinni odpaść, bo wcale nie byli słabszym zespołem. Widocznie jako zespół za mało chcieliśmy awansować.

Wisła w europejskich pucharach radzi sobie słabo, nie ma specjalnie się czym pochwalić. Ma pan receptę na zmianę tej sytuacji?

- Kiedy remisowaliśmy w Lidze Mistrzów z Cimosem Koper albo przegrywaliśmy z Metalurgiem Skopje, to daliśmy się oszkapić. Kluczem do wygrywania meczów jest po prostu granie na dobrym poziomie. Co, niestety, póki co idzie nam beznadziejnie. Szczególnie w obronie i jeśli chodzi o taktykę. Jakiś dziwny upór jest, że z każdym rywalem gramy tak samo. A przecież sposób gry w obronie dorabiamy do gry przeciwnika, do wiedzy, jaką posiadamy o nim. A nawet jeśli jej nie mamy, to zaskoczenie jest też pewnym elementem gry w obronie. Dobry zespół musi umieć grać trzema obronami: 6-0, wysuniętą i kombinowaną, czyli kryciem kogoś na singla. Upieram się do tych obron, bo nie ma innej możliwości, kiedy buduje się zespół. Bez względu na to, czy w piłce nożnej, czy ręcznej, to robi się tzw. oś. Czyli szuka dobrego bramkarza, środkowego obrońcy, pomocnika i napastnika. I to jest podstawa. Po mistrzostwach Europy w Serbii zapytałem Adama Wiśniewskiego, który krył na singla zawodników w meczu ze Szwecją, czy kadra ćwiczyła obronę kombinowaną. Odpowiedział, że nie. To skoro na poziomie reprezentacji dochodzi do takiej fuszerki, to oznacza, że trener nie odrobił lekcji. Selekcjoner nie przewidywał, że sytuacja może go do tego zmusić. Natomiast obserwując Puchar Polski w Legionowie, widziałem, że w naszej obronie coś się ruszyło.

Widać rękę Krzysztofa Kisiela?

- Odważnie działał. Zaczął wykorzystywać środki, które zna. On musi bujnąć tych chłopaków, niech będą bardziej kreatywni w tym graniu, a nie tylko sztampa i obrona 6-0.

Kielce też grają taką obroną.

- Ale niech pan zauważy: kiedy idzie atak dwóch, trzech zawodników wychodzi do przodu. W obronie grają super. Bardzo ciężko im rzucić bramkę. W Lidze Mistrzów tracą po 20 bramek i rzadko zdarza się, że dają sobie rzucić więcej.

A my tracimy z Kwidzynem aż 37 bramek...

- Dlatego gdyby to ode mnie zależało, to każdy zawodnik byłby za taki mecz rozliczony. W sporcie jak w życiu: najlepsza jest metoda kija i marchewki. I dobry psycholog będzie wiedział, kiedy kijem, a kiedy marchewką. Marazm, który czuję od początku drugiej części sezonu, jest wynikiem tego, że od początku zawodnicy nie byli rozliczani za słabe mecze, w których występowali. Zawodnik jest jak uczeń w szkole, który patrzy na nauczyciela sprawdzającego jego wiedzę. Jeśli zobaczy, że nauczyciel tego nie robi, to macha ręką i ma wszystko gdzieś. Tak samo jest w sporcie. Jeśli raz czy drugi trener nie rozliczy zawodnika, to potem są tego efekty, jakie są. Trener powinien wziąć takiego delikwenta na rozmowę w cztery oczy, pokazać mu na wideo, gdzie robi błędy i zapytać: dlaczego tak zrobiłeś, dlaczego zdecydowałeś się na takie rozwiązanie? Gdyby gracz wiedział, że coś takiego go czeka, to zapamiętałby sobie raz na całe życie, że takich rzeczy w tym klubie się nie pobłaża.

W Kielcach pod tym względem też nie jest różowo, mimo to mają wyniki.

- Bo tam są gracze o wyższych umiejętnościach. Stać ich na kupowanie zawodników z najwyższej półki, skoro z tego, co się orientuję, mają dwa razy większy budżet od naszego. Jeśli pójdziemy na przebitki zawodników zagranicznych, to padniemy jak kawki. Nie mamy z nimi szans rywalizacji. My kupimy dobrego zawodnika, a oni dwa razy lepszego. Dlatego musimy pójść inną drogą. Wyszukiwać dobrych graczy w Polsce, a proszę mi wierzyć, że są tacy w polskiej lidze, tylko trzeba im zaufać. No, chyba że w ciągu najbliższych dwóch sezonów chcemy wejść do Final Four europejskich pucharów, to wtedy podpisuję się obiema rękami pod tym, by kupować graczy z zagranicy. Jeżeli nie, to robimy niesamowitą krecią robotę przede wszystkim dla płockiej piłki ręcznej.

I trudno też sobie wyobrazić, jak miałaby w przyszłości wyglądać kadra narodowa.

- Całkowicie się z panem zgadzam. Teraz myślenie młodych juniorów jest takie: ja tu nie mam szans, by grać. Dochodzi do tego, że junior nie wiąże kariery sportowej z Wisłą Płock. Bo on wie, że w jego miejsce zostanie kupiony zawodnik z zagranicy. Tylko czy gracze z zagranicy są nam naprawdę potrzebni? Według mnie nie.

Jesteśmy w stanie wygrać w finale mistrzostw Polski z Kielcami?

- Przede wszystkim będę patrzył na to, jak będziemy walczyć. Mniej mnie interesuje to, czy wygramy, czy przegramy. Chciałbym bardzo, żeby chłopaki zdobyli mistrzostwo Polski, ale bardziej od tego interesuje się tym, jak wykaże się zespół, jak będzie walczył. Nie wiem, czy Krzysiek [Krzysztof Kisiel - red.] zdecyduje się na ekstrawagancką obronę, jeśli chciałby wygrać te mecze, to postawiłbym obronę 4-2. Niech się oni meczą, jak wygrać. I jeśli zwyciężymy, to wówczas zespół będzie musiał wykazać się niesamowitą ambicją w następnych spotkaniach. W tym momencie nie powinno nas obchodzić, czy będziemy mistrzami Polski, czy mistrzami świata. Przede wszystkim mamy dobrze grać w piłkę ręczną. Wrócę do Małysza, którego nie interesowało to, które miejsce zajmie, tylko to, żeby oddać dwa równe skoki. I tak trzeba psychologicznie nastawić zespół. Wtedy z każdego zawodnika schodzi odpowiedzialność, presja. Wiedzą, że muszą dobrze zagrać. Nawet jeśli w tym finale przegrają, to złapią mnie za serducho, jeśli będą walczyć od pierwszej do ostatniej minuty meczu. I nie będą odstawiać takiej kichy, jak w pierwszym półfinałowym starciu z Kwidzynem.

Pierwsze dwa mecze finałowe mistrzostw Polski w hali Legionów w Kielcach już w ten weekend - w sobotę o godz. 18 i w niedzielę o 19. Transmisja z obu spotkań w Polsacie Sport.

Więcej o: