Sport.pl

50 lat piłki ręcznej. Grali na klepisku, boso...

... przez lata mozolnie pięli się w górę, by stać się krajową potęgą. Od 1990 r. piłkarze ręczni Wisły nieprzerwanie zdobywają medale mistrzostw Polski, są marką znaną w Europie. Kibicom dostarczają niesamowitych emocji i radości, choć bywa, że zamiast szampana leją się łzy rozpaczy.
Medale i puchary, sukcesy i dramaty - migawki z historii piłkarzy ręcznych Wisły

Płocka piłka ręczna ma już pół wieku. Dziś o godz. 15 w Orlen Arenie rozpocznie się uroczysta akademia z udziałem ok. 200 gości, w tym zasłużonych dla rozwoju tej dyscypliny. Będą odznaczenia, kwiaty, upominki. Również dziś w Muzeum Mazowieckim zostanie otwarta wystawa poświęcona SPR Wisła Płock. Będzie można zobaczyć ciekawe pamiątki, m.in. bilety, zdjęcia, koszulki i gadżety związane z klubem.

Bogatą historię płockiego handballa przedstawia książka "50 lat płockiego szczypiorniaka" z 2012 r. Napisał ją 71-letni obecnie Wojciech Majchrzak, były nauczyciel, dyrektor SP nr 23, współtwórca, zawodnik, długoletni kapitan drużyny piłkarzy ręcznych Wisły. A także były trener pierwszego zespołu, sędzia i działacz.

Podkreśla, że historię tej dyscypliny w Płocku tworzyło wiele klubów, np. Jutrzenka, Masovia, MKS MDK, AZS Politechniki Warszawskiej, LZS Technikum Mechanizacji Rolnictwa, Hand Med, MUKS 21, SKF Wisła. Ale największe sukcesy święciła oczywiście Wisła. Majchrzak chciał w swojej książce zachować dla potomnych historię klubu od jego założenia i przystąpienia do rozgrywek w klasie A Warszawskiego Okręgowego Związku Piłki Ręcznej oraz pamięć o rzeszy wspaniałych ludzi, pasjonatów zasłużonych dla płockiego szczypiorniaka.

Początki były skromne

Po drugiej wojnie światowej w Płocku piłkę ręczną widać było głównie na zajęciach kultury fizycznej w szkołach. Rozgrywano mistrzostwa miasta, okręgu, były próby stworzenia klubu, ale udało się to dopiero na początku lat 60.

- Pierwszą wzmiankę o sekcji piłki ręcznej znalazłem w "Trybunie Mazowieckiej" z 1961 r., było tam sprawozdanie Wojewódzkiego Komitetu Kultury Fizycznej. Wynikało z niego, że Płocki Klub Sportowy Wisła liczył 12 sekcji, w tym piłki ręcznej - opowiada Majchrzak. - Oficjalne powstanie sekcji datuje się jednak na rok 1964, pierwszym kierownikiem został Eugeniusz Woroniecki.

Patronat nad klubem przejęły Mazowieckie Zakłady Rafineryjne i Petrochemiczne. - Pierwszy historyczny mecz rozegraliśmy w lidze okręgowej 27 kwietnia 1962 r. z WKS Narew Zegrze, wygraliśmy 17:13. Większość zespołu stanowili słuchacze studium wychowania fizycznego, a później nauczyciele wf. oraz uczniowie płockich szkół, głównie "siedemdziesiątki" - wylicza Majchrzak. - Dostawaliśmy sprzęt na mecz, ale na treningi każdy musiał mieć już swój własny. Pierwszym trenerem był Jurek Krajewski, a po jego odejściu ja przez cztery miesiące pełniłem funkcję grającego trenera.

Dynamiczny rozwój klubu zaczął się po przyjściu Stanisława Sulińskiego w 1966 r. - On rozpoczął zupełnie nowy etap w historii sekcji piłki ręcznej w Wiśle. To, co było przed nim, to było amatorstwo. Staszek stworzył podwaliny pod nowoczesny system szkoleniowy, słynną później płocką szkołę szczypiorniaka, wzór dla innych ośrodków w Polsce - dodaje Majchrzak. System polegał na szkoleniu dzieci i młodzieży na masową skalę przez nauczycieli, szerokim systemie rozgrywek we wszystkich kategoriach wiekowych, w których uczestniczyły wszystkie płockie szkoły oraz naborze do sekcji.

"Zrobiliśmy zakład o skrzynkę wódki. I wygraliśmy"

Na początku lat 60. boiska były ziemne, pierwsze znajdowało się przy Rogatkach Warszawskich, gdzie obecnie jest orlik. Tam ziemny plac otoczony był bandami - zimą królował hokej, a gdy zrobiło się ciepło - szczypiorniak. Kolejne miejsca do gry powstały przy obecnych ul. Gradowskiego, Kolegialnej (przy kawiarni "Nowoczesna") i przy SP nr 12. W drugiej połowie lat 60. nastąpił przełom.

- Przy liceum im. Jagiełły powstało pierwsze w mieście boisko asfaltowe. Popularny "Małpiak" był prawdopodobnie jednym z lepszych tego typu w Polsce, zastosowana technologia sprawiała, że podłoże nie było zbyt twarde, zachowywało się trochę jak gąbka - przekonuje autor "50 lat płockiego szczypiorniaka".

"Małpiak" pękał w szwach, zainteresowanie było ogromne, przychodziły całe szkoły. Na przełomie lat 60. i 70. wielką popularnością cieszyły się zażarte derbowe pojedynki Wisły i Masovii w lidze wojewódzkiej. - W Masovii grali świetni zawodnicy, wielu z nich przeszło później do Wisły - wspomina Majchrzak.

W 1973 r. nafciarze awansowali do drugiej ligi. Wtedy pierwsza i druga liga grały wyłącznie w hali, więc powstał problem. Zapadła decyzja, by grać - jako gospodarz - w hali we Włocławku. Ale dwa sezony później, w 1975 r., płocczanie - w większości wychowankowie klubu - awansowali do pierwszej ligi. Ten wynik uznano za największy sukces 30-lecia PRL w Płocku!

- To było już bardzo poważne granie pod wodzą trenera Staszka Sulińskiego - wspomina Edward Koziński, wychowanek Jutrzenki, kapitan siódemki z roku 1962, później trener grup młodzieżowych i pierwszego zespołu Wisły. - W Płocku nie było wymiarowej hali, największa miała 22 na 11 m. W tygodniu 2-3 razy trenowaliśmy w takich warunkach i dwa razy dojeżdżaliśmy do Włocławka.

- Była wymarzona pierwsza liga i co robić? Wciąż jeździć do Włocławka? Wystarczy! Skrzyknęła się grupa ludzi z działaczami Jerzym Obszyńskim i Stanisławem Gontarkiem na czele i postanowiliśmy budować - mówi Majchrzak. - W kilka miesięcy przy al. Kobylińskiego powstała słynna na cały kraj Blaszak Arena, świadek wielu sukcesów, złotych medali mistrzostw Polski i świetnych walk w europejskich rozgrywkach, np. zwycięskiego meczu 32:31 z THW Kiel.

Mało kto wierzył, że hala powstanie tak błyskawicznie. Obszyński, ówczesny kierownik sekcji piłki ręcznej, tak wspomina sytuację z halą w książce Majchrzaka: "Zrobiliśmy zakład o skrzynkę wódki. I wygraliśmy".

Z dusznej, ciasnej hali Chemika, gdzie z trudem mieściło się ok. tysiąca fanów, nafciarze wyszli dopiero w listopadzie 2010 r., gdy została otwarta klimatyzowana Orlen Arena. Pomieści nawet 5,5 tys. widzów, komplet przychodzi zwykle na potyczki z Vive Targi Kielce i na większość meczów Ligi Mistrzów.

Szkoda dwóch dni drogi na jakiś walkower

Teraz szczypiornistom Wisły nie brakuje niczego, trenują w doskonałych warunkach, mają do dyspozycji najlepszy sprzęt, odnowę biologiczną. Początki były diametralnie inne, czasami... komiczne. W 1963, może 1964 r. przyjechała do Płocka mocna pierwszoligowa Warszawianka z kilkoma kadrowiczami w składzie. Takie były zwyczaje, że po swojej halowej lidze latem pierwszoligowcy mierzyli się z ekipami z niższych klas.

- Zagraliśmy na klepisku przy rogatkach. W budynku gospodarczym mieszkał tam Stefan Skulimowski, były zawodnik Spójni Gdańsk, megaikona płockiego szczypiorniaka, który zakładał aż trzy płockie kluby: Wisłę, Masovię i Jutrzenkę - opowiada Majchrzak. - W tym budynku była nasza szatnia, przebieralnia, wszystko - w tym jego jednym pokoiku. Ale kibice zapamiętali to spotkanie bardzo długo, bo walczyliśmy jak równy z równym.

Sędziował wówczas trener klubu AZS, także z Warszawy. - I nas trochę "przegwizdał", przegraliśmy jedną bramką, a kibice się tak zdenerwowali, że nie chcieli go w ogóle wypuścić z boiska. Musieliśmy go otoczyć i przerzucać przez płot. A gdy już uciekał, na odchodne dostał od jednego z najbardziej krewkich kibiców solidnego kopniaka - śmieje się autor książki o szczypiorniaku.

Ciekawe były okoliczności innego meczu nafciarzy z lat 60., właśnie z pierwszoligowym AZS Warszawa. Rywale, mający świetny skład, zrobili sobie wycieczkę, cały dzień płynęli do Płocka statkiem. - Ale nasz trener Jurek Krajewski powiedział, że nie mamy sprzętu - butów, koszulek, nic. Co było robić, powoli zawijaliśmy się do domu, gdy przyszedł do nas Staszek Suliński, ówczesny zawodnik AZS Warszawa - przypomina Majchrzak. - Prosił, byśmy zagrali, bo stołeczna ekipa płynęła do Płocka cały dzień, tyle samo będzie wracać, więc szkoda dwóch dni drogi na jakiś walkower! Po naradzie zdecydowaliśmy się zagrać... boso. Przegraliśmy wysoko, ale nie odpuściliśmy.

Na przełomie lat 70. i 80., gdy trenerem był Koziński, powstał problem finansowy. - Zawodnicy mieli etaty w Petrochemii. Trenowali, fizycznie w firmie nie pracowali, a wynagrodzenie zależało od stanowiska i stażu pracy - opowiada Koziński. - Jak w każdej drużynie byli lepsi i słabsi zawodnicy, ale poziom gry przy wypłacie nie miał znaczenia.

Trener zrobił nieformalną rewolucję, wręcz nielegalną. - Zawodnicy wszystkie zarobione pieniądze przekazywali do jednej puli, a ja po konsultacji z radą drużyny rozdzielałem je według umiejętności sportowych. Ufali mi, nikogo nie oszukałem - mówi Edward Koziński. - Ale jeśli komuś taki układ nie pasował, to proponowałem, by poszedł normalnie do pracy i tam pobierał pensję. Bo u nas dostawało się pieniądze za wysiłek na parkiecie. To było już takie kontrowersyjne ćwierćzawodowstwo.

Zarobki nie były wtedy wysokie, najlepsi zawodnicy zarabiali trochę więcej niż Koziński na etacie nauczyciela. Trener sporo wiedział o swoich podopiecznych nie tylko z treningowych czy meczowych obserwacji. - Młodzi ludzie ulegają pokusom życia, nie da się tego uniknąć, przerabiałem to wiele razy - śmieje się Koziński. - Ale sportowy tryb życia jest niezbędny, by osiągnąć sukces. Zdarzało się, że dowiadywałem się od taksówkarza, kto gdzieś balował poprzedniego dnia. To były takie donosy w dobrej wierze, w trosce o zespół, bym szybko wytłumaczył chłopakowi, dla jego dobra i zespołu, czym i kiedy ma się zajmować.

Pamiętajmy o wychowankach

Od 2011 r., gdy nafciarze zdobyli tytuł najlepszej drużyny w kraju, Wisła bardzo często przegrywa rywalizację z Vive Targi Kielce. Jak to zmienić, jak przywrócić świetność klubowi i złoty medal? Zdaniem Majchrzaka, konieczny jest powrót do płockiego systemu szkolenia, do korzystania z wychowanków. - Kiedyś Wisła opierała się na nich i były sukcesy. Nie zgadzam się z opinią, że nie da się na wychowankach zbudować zespołu na miarę Europy. Da się, a obcokrajowcy - i to tylko bardzo dobrzy - powinni być uzupełnieniem drużyny - przekonuje autor książki. - Szkoda, że rezerwy nie grają w pierwszej lidze, na zapleczu ekstraklasy, bo najlepsi z tej grupy dołączani byliby do pierwszego zespołu. A teraz to czasami robi się przykro, gdy w siódemce wbiegającej na parkiet nie tylko nie ma żadnego wychowanka, ale nawet żadnego Polaka! Mamy zdolne pokolenie młodych trenerów grup młodzieżowych, nabór, zainteresowanie, kibiców. Wykorzystajmy to!

Koziński podkreśla: - Nie mam recepty na finansowe konkurowanie z kielczanami, pewnie nikt w Płocku jej nie ma. Trzeba więc wykorzystać to, co mamy, ale i zmienić parę spraw. Obecnie jest 11 obcokrajowców, poszliśmy na ilość, nie na jakość. Finansowo tego nie wytrzymamy. Klub musi mieć wizję, jak zespół będzie wyglądał za pięć-osiem lat. A w Płocku nikt nie wie, co będzie za trzy lata! W Wiśle muszą być ludzie - nie trener - którzy zajmą się już teraz obserwacją zawodników przymierzanych do klubu np. za dwa lata. Póki co kupujemy na łapu-capu, z łapanki, co nam zaproponują menedżerowie, po obejrzeniu jakiegoś meczu. A to musi być dokładne prześwietlenie kandydata do gry, poznanie jego postawy, przyzwyczajeń, także poza boiskiem.

Osiągnięcia Wisły

-- Szczypiorniści z Płocka od 1990 r. nie schodzą z podium mistrzostw Polski.

-- Mistrzostwo Polski - siedem razy: 1995, 2002, 2004, 2005, 2006, 2008, 2011.

-- Wicemistrzostwo Polski - 12 razy: 1992, 1993, 1996, 1997, 1999, 2000, 2001, 2003, 2007, 2009, 2012, 2013.

-- Brązowy medal - pięć razy: 1990, 1991, 1994, 1998, 2010.

-- Puchar Polski - 10 razy: 1992, 1995, 1996, 1997, 1998, 1999, 2001, 2005, 2007, 2008.

-- Liga Mistrzów TOP 16: sezony 2011/12 i 2013/14.